Plastik a zaburzenia integracji sensorycznej (SI)

Problem plastiku to kwestia daleko wykraczająca poza problem toksyczności BPA i zaśmiecania środowiska naturalnego. To kwestia transformacji naturalnego środowiska człowieka w środowisko sztuczne, do którego nasze organizmy i zmysły nie są przystosowane. Nie są i nigdy nie będą – tak samo jak, nie będziemy zdolni na tej planecie, do picia ropy naftowej i oddychania spalinami.

Co ciekawe, najbardziej narażone na konsekwencje tej transformacji są właśnie małe dzieci – szczególnie w dużych miastach. Ze względów „higieny”, „bezpieczeństwa”, praktyczności, stylu życia i tego wszystkiego co nas otacza – od niemowlęctwa przebywają w superplastikowej rzeczywistości.  Na stałe zapieluchowane w plastikowe pieluszki, pocieszane plastikowymi smoczkami i gryzaczkami, pojone z plastikowych butelek, karmione plastikowymi łyżeczkami z plastikowych talerzyków, kąpane w plastikowych wanienkach, przykrywane poliestrowymi (plastikowymi) kocykami, przytulane do poliestrowych (plastikowych) przytulanek, zapinane w plastikowych wózkach i plastikowo-styropianowych fotelikach samochodowych, w plastikowych samochodach i w super duper plastikowych salach zabaw w mega plastikowych centrach handlowych.

Nie winię rodziców. Niby gdzie puścić malucha w dużym mieście – na trawę – psie i kocie kupy, szkła i pety (i plastikowe śmieci też). Co dać do gryzienia, jeżeli nie certyfikowany bezpieczny plastikowy gryzak? Jest tyle toksycznych substancji we wszystkim co nas otacza, że lepiej nie eksperymentować za wiele.

Pytanie co z tego wszystkiego wynika? Nie wiem, czy zauważyliście drodzy rodzice, że temat Integracji Sensorycznej jest mocno na fali. Według amerykańskich badań z 2004 roku, już 1 na 20 dzieci jest dotknięte zaburzeniami w tym zakresie. Rozpowszechniły się więc zajęcia i warsztaty sensoryczne, sensoryczne zabawki oraz dla „cięższych przypadków”- gabinety diagnostyczne,  sale do terapii i  terapeuci. Nie jestem oczywiście lekarzem i to, co piszę wynika tylko i wyłącznie z doświadczenia, obserwacji i poszukiwań własnych, a nie z wiedzy medycznej czy badań naukowych.  Wśród stron poświęconych Integracji Sensorycznej można znaleźć mniej i bardziej sensowne. Pewnie o tym słyszeliście, że w dużym uproszczeniu zaburzenia Integracji Sensorycznej dzieli się na dwa rodzaje:

  • nadmierną wrażliwość na bodźce,
  •  zbyt małą wrażliwość na bodźce.

Ja natomiast mam takie poczucie, że bardzo wiele przypadków tych „zaburzeń integracji sensorycznej”,  to zupełnie normalne reakcje małych ludzi na otaczający świat. Bo jeżeli jest się otoczonym martwym plastikiem i jest mało okazji do dotykania prawdziwych żywych ludzi, maminego cyca, zwierząt i roślin, drewna, kamieni, słońca i wiatru, słuchania szumu wody i  śpiewu ptaków, to być może taki mały człowiek nie ma okazji do rozwinięcia  „normalnej” wrażliwości zmysłowej. Jeżeli zewsząd atakują go dziwaczne dysharmonijne hałasy, sztuczne światła, chemiczne zapachy, spaliny, smog i plastikowe ubranka – to albo reaguje „nadwrażliwie”, czyli wyraża swój dyskomfort albo chroni się poprzez „zbyt małą wrażliwość”, czyli próbę odizolowania się od tego wszystkiego. Czyli generalnie jest to PRAWIDŁOWA „reakcja adaptacyjna” na otaczająca rzeczywistość. To nie z maluchami jest coś nie tak. Tylko z tym plastikowo-elektronicznym, szalonym światem, który im stworzyliśmy. Z pewnością jeżeli Wasze dziecko „lubi kręcić się w koło”, „nie lubi nosić ubrania”, „bywa zbyt aktywne, ciągle potrzebuje ruchu”, „źle reaguje na zmiany otoczenia”, „kiepsko zasypia”… i tym podobne symptomy (wymieniane na wielu stronach poświęconych SI), to może zanim zafundujecie mu reedukację w tym czy innym centrum terapii, plastikowej klimatyzowanej sali lub chlorowanym basenie, zastanówcie się czy nie jest to zupełnie normalne zachowanie w otaczających okolicznościach przyrody (a raczej deficytu przyrody). Czy może „wystarczy” więcej przytulania (albo innej formy bliskości z ulubioną osobą, bo nie wszystkie niemowlęta lubią być przytulane w konkretny sposób). Może zamiast ćwiczeń sensorycznych potrzeba dzieciom więcej zabawy błotem, biegania na golasa, świeżego powietrza i spacerów wśród zieleni. Tak wiem – może się okazać, że akurat te „produkty” są szczególnie trudne do zdobycia lub nieosiągalne. Ponieważ np. mieszkacie w bloku w centrum, jest zima i znowu zaatakował smog. Nadal jednak możecie chodzić nago po mieszkaniu i nabyć kota lub chociaż rybkę, żeby mieć więcej kontaktu z czymś żywym i mniej plastikowym. Możecie też wyłączyć telewizję i włączyć nagranie gongów tybetańskich.

Oczywiście ZAWSZE warto poszukać pomocy, jeżeli zachowanie małego człowieka Was niepokoi. Na pewno są też przypadki rzeczywiście wymagające specjalistycznej terapii u kompetentnych terapeutów, nie chodzi więc tutaj o lekceważenie czegokolwiek.  Natomiast, chcę zwrócić uwagę na fakt, że zbyt szybko określamy pewne reakcje jako „dysfunkcje”. Ja np. nie toleruję w ogóle zapachów chemicznych środków do prania i dezodorantów. Robi mi się wtedy niedobrze, zaczynam się dusić. Czy oznacza to, że powinnam się poddać terapii w kierunku SI, aby móc robić „normalnie pranie”? Czy może po prostu przerzucić się na orzechy piorące. Od jakiegoś czasu nie znoszę dotyku niektórych ubrań – może to plastik, może toksyczne barwniki albo pestycydy? Gorzej – nie lubię też dotyku, a nawet głosu niektórych osób.  Jak to dobrze, że nie jestem już dzieckiem i sama mogę zadecydować co zrobić z tym fantem…

 

Sonia Priwieziencew

dla ZeroPlastiku.pl